czwartek, 14 kwietnia 2011

"Pierwsze wyjście z mroku" ...?

Pierwsze wyjście z mroku- to nazwa debiutanckiego albumu zespołu Coma. Idealna- w mojej opinii- jako tytuł dla posta nr 1. Oczywiście muzycznie są to dokładnie moje „klimaty”. Obecnie ze zdziwieniem muszę stwierdzić też, że gdyby moja codzienna egzystencja była filmem- to ten krążek jest chyba idealnym do niego soundtrackiem.  Tak, mam to wszystko w sobie- zagubienie, chaos, bezradność, apatia, samotność- i mimo, że szukam wyjścia- nadal „Spadam”. 

Dziwnie zaczął się rok 2011. Jakby wszystkie siły rządzące światem postanowiły wystawić moją cierpliwość na próbę i dogadały się, zawiązując spisek- który w najlepsze zajmuje się podrzucaniem mi przysłowiowych kłód pod nogi. 

Nie narzekam na brak atrakcji. Styczeń zaowocował restrukturyzacją szeregów personalnych w firmie, w której pracowałem już od 4 lat- skutkiem czego wraz z marcem musiałem powiedzieć pracy „bye!” i udać się na słodkie, acz obecnie dość powszechne bezrobocie. Dodatkowo sympatycznie zalegającą za paznokciem drzazgą drażnią mnie inne czynniki. W jakiś sposób nagle doszły do głosu zaległe, niedokończone, niewyleczone (lub wyleczone zbyt słabo) sprawy. Konflikty z rodzicami, o których rozwiązanie zabiegam chyba tylko ja sam- mimo, że nie byłem nawet ich bezpośrednim prowodyrem… 

 Zdaję sobie sprawę, że wpadłem w totalne pomieszanie, zaczynam negować wartości do których sam doszedłem poprzez empirię, nie wiem już w co wierzyć, co zostawić, co odrzucić, komu zaufać- nie wiem też, czego sam właściwie pragnę. Czuję się jak na rozstaju- kilka dróg do wyboru, ale żadna nie wydaje się być ani przyjazna, ani nawet zbyt dobrze widoczna. Brakuje drogowskazu. To co niegdyś jasne, trwałe i przejrzyste- dziś wydaje mi się być jednym wielkim znakiem zapytania. 

Hmm, ktoś by pomyślał- diagnoza jest prosta- zapewne zbyt wielkie lenistwo, nuda, stagnacja itp.- w końcu łatwiej przecież ponarzekać i użalać się nad sobą, niż zakasać rękawy i zacząć działać, zmieniać otoczenie i przez to jednocześnie jakość codzienności... 
Co jednak, gdy wiem, że moje życie jest zaprzeczeniem stagnacji- mam pasje którym się oddaję, tworzę zdjęcia, dźwięki, szukam niepoznanego, bodźców- mam do tego obowiązki (więc raczej na lenistwo pozwolić sobie nie mogę).

Mam teraz 26 lat… I kiedy próbuję przyglądać się lub podsumować ostatnie kilka lat- czuję poniekąd, jakbym je „przespał”. Nie wiem na ile jest to dobre określenie, skoro jednak łączyłem jakoś pracę, samodzielne utrzymywanie się, studia, związki, własny rozwój duchowy, pasje i spełnianie marzeń. 

Wszystko to teraz wydaje mi się teraz bezcelowe, pozbawione głębi, jakiegoś sensu, wartości… Jakby błądzenie w miejscu. 

Do tego gryzę się sam z moim światem wewnętrznym. Zaczynam negować wartości które sobie wypracowałem, prawdy do których dochodziłem przez lata. Miłość? Przyjaźń? Wiara w człowieka? To jest jakby zakrzywione- bo niby jest… a jednak. 

Im bliżej trzydziestki, tym mocniej widać pewną tendencję: przyjaciele, którzy zawsze gdzieś byli obok jako część twego życia- teraz z niego znikają, wiążą się i odchodzą na własne życzenie, zamykając się w murach własnoręcznie zbudowanego getta tzw. „poważnych spraw poważnego życia”. A tym, co pozostaje dla ciebie, jest samotne przyglądanie się w poczuciu bezradności, gdyż na pewne decyzje nie ma się już wpływu. I stopniowe obojętnienie na wszystko w około.

Mam wrażenie, ze budując od podstaw swoją życiową filozofię, próbując zgłębić każde czynniki i prawdy do końca- wszedłem po prostu w pewne sfery zdecydowanie… zbyt głęboko. I chyba nie jest to wcale takie dobre. Bo czasem jest lepiej wiedzieć mniej- tak łatwiej żyć: bez zbędnych pytań, wątpliwości, rozterek, analizowania. Kiedy rozłoży się całość pewnych rzeczy, dotyczących emocji ludzkich na czynniki pierwsze, prześwietli pod różnymi aspektami- wcale nie daje to stałego podłoża, oparcia. Jest chyba wręcz przeciwnie- zwłaszcza, gdy nie dochodzi się do zbyt optymistycznych wniosków. Kiepsko, kiedy da się wszystko przewidzieć- wtedy nic już nie zaskakuje. I wcale nie twierdzę, że jestem „alfą i omegą”- o nie. Daleko mi do tego stanu. Ale jestem świadomy, ze udało mi się przekroczyć pewną granicę; zawrócić już nie sposób- a jednocześnie trudno dalej żyć miedzy ludźmi tak, jak do tej pory. To jest tak, jakbyście całe życie jeździli maluchem, a potem ktoś pożyczył wam na miesiąc ferrari. Uwierzcie- po miesiącu perspektywa powrotu do malucha może być już sporą barierą. I tak jest ze mną. 

Elias Canetti powiedział kiedyś, że mądrość człowieka zależy od równowagi między jego wiedzą a niewiedzą. We mnie wszystko się najwyraźniej zaburzyło. I czas chyba poszukać właśnie tej równowagi.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz