Rzecz tyczy się Mariny Abramović, jugosłowiańskiej artystki intermedialnej, znanej również jako Babcia Performance'u (ma obecnie 67 lat). Począwszy od roku 1973 stale tworzy i występuje. Prawdopodobnie każdy z Was nieświadomie zetknął się z jej dziełami nie jeden raz (np. słynne zdjęcie drabiny z nożami kuchennymi zamiast szczebli- to właśnie jej pomysł). Popularność zdobyła dzięki swoim performance'om o mocno prowokacyjnej tematyce, ocierającej się o obrzydzenie, samookaleczenie, eksperymenty na nagim ciele, ból i skrajne emocje. Nierzadko testowała w ich trakcie granice własnej wytrzymałości fizycznej i psychicznej. Podając przykład: w akcji zatytułowanej jako Art Must Be Beautiful/Artist Must Be Beautiful (1975) czesała włosy aż do utworzenia krwawiącej rany na głowie. Innym razem, naga, ubrana jedynie w radziecką furażerkę wycięła sobie na brzuchu komunistyczną gwiazdę. Najbardziej intensywny okres jej kariery wiązał się z rokiem 1975, kiedy związała się z niemieckim artystą Frankiem Uwe Laysiepenem, znanym bardziej jako Ulay. Przez 12 lat byli parą i wspólnie tworzyli, jeżdżąc po świecie czarną furgonetką. Ich występy dotyczyły przeważnie trudnych relacji damsko-męskich, zderzenia biegunów odmiennych płci i wszystkich różnic, jakie z tego wynikają. Punktem kulminacyjnym- zarówno ich pracy, jak i miłości- było wydarzenie z 1988 r. zatytułowane jako The Lovers/Great Wall, w którym oboje przemierzali Mur Chiński: on z zachodu, ona ze wschodu. Po dziewięćdziesięciu dniach podróży spotkali się w połowie i zdecydowali na rozstanie. Każde poszło w swoją stronę. Ulay usunął się jakby w cień, z kolei Marina realizowała kolejne przedsięwzięcia. Dosłownie rok temu Matthew Akers nakręcił na jej temat film dokumentalny, ocierający się o biografię i będący zarazem podsumowaniem najważniejszych punktów jej dorobku artystycznego. Obraz zwie się: "Marina Abramović: artystka obecna". Oglądałem i mogę powiedzieć jedno: gorąco polecam. Tytuł odnosi się do jej wystawy w Museum Of Modern Art z 2010 r., na którym zaprezentowano przegląd jej osiągnięć a także performance The Artist Is Present, trwający od 14 marca do 31 maja i będący najdłużej trwającym show artystki, w trakcie którego spędziła w bezruchu około 700 godzin. Przez sześć dni w tygodniu w godzinach otwarcia muzeum Abramović trwała nieruchomo na krześle ustawionym pośrodku sali. Naprzeciwko niej znajdowało się drugie krzesło, na którym siadali kolejni widzowie, by wymienić z nią bez słowa spojrzenie. Każdy mógł spędzić z artystką tyle czasu ile chciał- wskutek czego widzowie siedzieli z Mariną od kilku minut do kilku godzin. Reakcje były zróżnicowane: część z nich płakała, inni próbowali włączyć się z własnym performancem: jeden z widzów zaproponował artystce małżeństwo, inny napluł jej w twarz. Kolejka przed MoMA była ogromna, niektórzy koczowali przed wejściem po kilka dni. Ciekawa rzecz miała miejsce, kiedy Abramović odwiedził sam Ulay... Nie widzieli się i nie rozmawiali od 22 lat. I oto, co się wydarzyło:
Miłość jest wielka. Nie trzyma się ram oraz nie zna czasu. I myślę, że nie ma sensu pisać tu już nic więcej.
Miał być wiecznie wolny, a stał się niewolnikiem korporacji. A tak w ogóle, ta praca to był tymczasowy pomysł, taka rzecz "na przetrwanie". Byle jakoś szybko zarobić, odbić się od dna, a potem szukać czegoś ambitniejszego. Te słowa powtarzał sobie w kółko, co miesiąc. Natura człowieka jest jednak leniwa. Nawet kiedy jest chujowo- ważne, że stabilnie. Tak więc z miesiąca (ewentualnie kilku) zrobiły się dwa lata. Ależ ten czas zapierdziela. Od dwóch tygodni pracował codziennie po 10- 12 godzin. Osiem normalnie, zgodnie z umową. Reszta charytatywnie. Bo mu zależy, bo chce się wykazać. Tak więc dzisiejszego dnia również skończył po 12 godzinach pracy. Jeśli doliczyć czas dojazdu, wyszło by z czternaście. Wrócił do pustego domu. Pozbył się skarpetek, które cały dzień uciskały mu stopy i pozwolił im chwilę odpocząć (stopom, nie skarpetkom). Otworzył sobie butelkę czarnego piwa z browaru Miłosław i jednym haustem opróżnił prawie wszystko. Potem przyrządził na patelni szybkie, wegetariańskie risotto i zjadł je, oglądając film o człowieku, który odkrywa, że jest głównym bohaterem książki. Narratorka w jego głowie opisuje każdy najdrobniejszy moment jego beznadziejnie nudnej egzystencji: dnia wyliczonego co do sekundy, bez porywów i namiętności. Czas by przegryźć bawarskie ciasteczko i zapalić mentolowego papierosa. Brrrrr... Doszedłem ostatnio do wniosku, że choruję najprawdopodobniej na syndrom "wiecznego głodu" (bynajmniej nie chodzi o jedzenie). Ciągle mi wszystkiego za mało; mam wrażenie, że mógłbym robić więcej. Nieustające nienasycenie. Tworzę sobie zaraz w głowie szybkie zestawienia z postaciami znajomych. To nic, że większość z nich pewnie nigdy nie odważy się zrobić połowy z tych rzeczy, które ja mam dawno za sobą. Większość nie wyjedzie nawet na moment z kraju. Nie uda się w trzytygodniową podróż autem po Europie. Nie spróbuje pobiec w maratonie. Nie nauczy się grać na żadnym instrumencie, ot tak- dla siebie. Nie zrobi tatuażu. Nie chwyci do ręki aparatu fotograficznego. Nie obejrzy tysiąca filmów, nie uroni na żadnym łzy. Nie rozkocha się w książce, nie przesłucha dwóch tysięcy płyt. Będą za to mieli coś innego. Obrączkę na palcu, kredyt na mieszkanie, jakieś auto, telewizor w salonie i weekendy z uśmiechającym się czerstwo z ekranu Karolem Strasburgerem. Gdzieniegdzie zawrzeszczy bachor. Wiem, wiem- niektórym to zupełnie wystarcza, i ja nie mam z tym problemu. Połowa mnie nad tym zapłacze, a druga nawet pozazdrości. Nie ma w tym nic złego. W perspektywie ostatnich dni i mnie- jako nowo odkrytego pracoholika, zaczynam wietrzyć dwa scenariusze. Albo coś się schrzani, i na zawsze pozostanę wiecznym debiutantem (kolejna nowa praca, absolutnie nie związana z branżami wykonywanymi wcześniej), albo "dorosnę" i dam się pochłonąć przez codzienność. Porzucę gonitwę za adrenaliną, emocjami, skrajnościami, spontanicznością; stanę się typowym Kowalskim. Bezimiennym żołnierzem, nie pamiętającym, po co podnosi karabin. Zawsze pragnąłem tej pierwszej perspektywy. Trzymam się jej kurczowo, choć prawie mi się już wymyka. Nawet jeśli inni się śmieją- bo ci "inni" od zawsze śmieją się z takich rzeczy. Tak mocno ich pierdolę.
Warszawska Praga to szkoła życia. Mieszkanie na tej dzielnicy wyrabia charakter. Sprawia, że stajesz się twardszy i bardziej bezkompromisowy. Uczy większej pewności siebie, opanowania oraz ciętego języka. Bo takie panują tu realia codziennego życia, które zdaje się wysyłać jasny i prosty komunikat: "Nie miej złudzeń- tutaj rządzi ulica". Widać to na każdym kroku. Prawem ulicy krzyczą nierówne chodniki, popisane spray'ami mury, odrapane bloki i domy, które przetrwały już niejedną domową awanturę. Panuje tu pewien rodzaj dziwnego niepokoju- niby nic się nie dzieje, ale ma się wrażenie jakby w każdej chwili miało dojść do rozruchów lub ogólnego mordobicia. Nawet policja rzadko się tutaj zapuszcza (chyba, że na interwencję): w przeciwieństwie do innych dzielnic, spotkanie pieszego patrolu graniczy z cudem.
Kiedy idę ulicą i przyglądam się ludziom mam wrażenie, że na pierwszy rzut oka można rozpoznać, kto jest stąd, a kto z innej części miasta. Tutejsi są jak z kalki. Faceci: łysi lub ostrzyżeni krótko- po żołniersku. Grube karki, złote lub srebrne łańcuchy, szerokie ramiona i bicepsy. Wszyscy nabuzowani po wczorajszej siłce i odżywkach. Budzą respekt, mimo swoich tandetnych ciuchów, koszulek bez rękawów (typ tzw. żono-bijka), dresów, butów Nike, białych skarpetek z firmowym znaczkiem. Oczywiście wydziarani. Nic wymyślnego, po prostu czarny tusz marnej jakości, czasem cieniowany. Niejednokrotnie są to pamiątki po wizytach w pierdlu, co widać u starszych typów po pięćdziesiątce. Młodzi wolą tribale na łydkach, imiona żon/dzieci na przedramieniu, krzyże, portrety kobiet lub motywy w stylu pitbull i pajęczyna. Rozmazana kreska świadczy o wątłej wiedzy tatuatora, więc wiadomo, że dziarał kumpel lub jakiś amator, który policzył sobie taniej niż w salonach z renomą.
Dziewczyny są dopasowane do swoich "misiów". Twarze ukryte pod grubą warstwą tapety, tipsy, różowe bluzeczki z cekinami, blond farba, ostry makijaż, obowiązkowa solara. Beznamiętny wzrok i beznamiętne żucie gumy z otwartą buzią, niekiedy papieros. Dawno straciły odwagę by chociaż próbować się stąd wyrwać. Lądują na kasach w supermarkecie, salonach kosmetycznych lub fryzjerskich. Żyją z dnia na dzień, trenowane przez ojców, braci, chłopaków. Osiemnastki w ciąży, dwudziestki już z wózkami, starsze z siatkami, małym brzdącem za rękę i tatuażem w kształcie motyla lub kwiatka na stopie.
Starsi są tak samo barwni. Skarpety pod same łydki i sandały? Tak- to właśnie tutaj. Wszelkiej maści menele, żule, zapijaczone baby po pięćdziesiątce z podbitym okiem, cwaniaki lub kryminał. Czasem mówią na to "margines społeczny". Wykluczeni. Wszystko to żyje gdzieś obok i funkcjonuje powielając schematy wokół sklepów z alkoholem 24h. Trochę jak państwo w państwie. Nikt cię nie ruszy, o ile będziesz przestrzegać pewnych reguł zachowania, postawy. Więc stajesz się twardym, przynajmniej na tyle, by widzieli to tutejsi. W końcu musisz mieć jaja, skoro zdecydowałeś się tu zamieszkać, prawda?
Za drzwiami mieszkania na przeciwko młody chłopak daje lekcje swojej dziuni. "Kiedy ty w końcu kurwa zaczniesz myśleć mózgiem ty durna cipo?". Wracając z pracy wpada na mnie zapijaczony cwaniaczek, w białej koszulce, białych skarpetkach, dresach z siłki i browarem w łapie. "Nnnoooo tsooo eesst kuuurwaa...?"- aż nim zakręciło. Akurat gadam przez telefon, odwracam się i bez słowa patrzę mu w oczy. Odwraca wzrok i rusza przed siebie, w innym kierunku. Zaś nie dalej jak wczoraj przy sklepie zaczepia mnie żul.
- Panie złoty, poratuj pan.
- Sorry, nie mam kasy- odpalam z automatu.
- Panie, (hik!) no ja nie będę ukrywał, no brakuje mi złotówkę... - nie ustępuje, zionąc we mnie oparami wódy oraz wypalonych szlugów. Odwracam się i cedzę:
- A czy pytasz się, człowieku, czy ja mam złotówkę? Ja na swoją muszę ciężko kurwa zapierdalać, i nikt mi nic za darmo nie daje.
I to wystarcza. Prawo ulicy.
Autor zdjęć: Maciej Pisuk. Wystawa pt. "Pod skórą", 2011 r.
Podoba mi się tutaj- mimo spostrzeżeń, których nie uznajemy za pozytywne. Ja traktuję je jako lekcję pokory i siły charakteru. Bo sposoby, w jakie potrafi doświadczyć nas życie, widać dokładnie w tym miejscu, na Pradze. Cóż, Wielkie Miasto umie zaskakiwać. Przejedź się po wszystkich dzielnicach, i zobaczysz jak olbrzymi koloryt oraz kontrast je wyróżnia. Każda ma coś innego, są w tym tak odmienne, że aż fascynujące.
Od kilku tygodni nie rozumiem siebie i wszystkiego, co dzieje się obok. Czuję się jak bohater jakiegoś filmu o ćpunach, który będąc na nieustającej fazie nie odróżnia już rzeczywistości od psychodelii wywołanej substancjami narkotycznymi. Mam wrażenie, jakbym stał pośrodku oka cyklonu, gdzie panuje względna cisza i martwy spokój; zaś gdy tylko zbliżam się do jego granic ogarnia mnie piekło wichury oraz chaosu. Wszędzie jest pełno tego wiatru, który ciągle gdzieś skądś wieje i nie daje mi się skoncentrować nawet na moment na jednej perspektywie. A sprzeczność goni sprzeczność.
Zazwyczaj lawirowanie w takim labiryncie wychodziło mi wyjątkowo dobrze. Nie dawałem się jakoś zbijać z tropu i miałem gotowe odpowiedzi na wszystko. Za to teraz totalnie nie umiem się w tym odnaleźć. Nie poznaję siebie ani ludzi, którzy są mi bliscy. Ich słów, reakcji, gestów... Nie widzę tu sensu, klucza, jakiegoś ciągu logicznego. To jak sytuacja, w której ktoś na przemian co chwila- z sobie tylko znanego powodu- wylewa na ciebie kubeł zimnej i gorącej wody. Ot, tak- słodkie widzimisię. Tylko po co? Wiem, że każde zjawisko ma naturę dualistyczną. W zależności od kąta spojrzenia, możemy dostrzec perspektywę A, lub perspektywę B. Warianty obu, plus miks z opcją neutralną. Wszelkie odcienie szarości, od czerni do białości. Odnoszę jednak wrażenie, jakby nagle nastała moda na utrudnianie życia sobie i ludziom w około. Z prostych rzeczy tworzy się intelektualne labirynty, bez celu, wyjścia i sensu. Takie dorabianie ideologii w wersji pseudointelektualnej dla ubogich.
Okulary schizofrenika pilnie sprzedam.
Czuję się w tym wszystkim jak w klatce. Mam ochotę rzucić to i zwyczajnie uciec gdzie pieprz rośnie. Tylko okazuje się, że gdy tylko rozprostowuję skrzydła- zaraz ktoś mi je przetrąca, i w rezultacie stoję w miejscu. Obuchem przez łeb. Zastanawiam się, gdzie podziała się w tym całym zgiełku moja wrodzona nieustraszoność? To, że potrafiłem zawsze w jednej chwili zrzucić z siebie balast oczekiwań, presji i poczucia winy, jakimi ktoś mnie próbował obarczać. To, że nie dawałem sobie nigdy wmówić, że komuś jestem cokolwiek winny. Sorry, ale spłaciłem już dawno swoje wszystkie długi. Muszę się stąd ruszyć, wyjechać choćby na moment i pooddychać innym powietrzem. Nabrać dystansu do tego co mnie otacza, wrócić i spojrzeć na całość z drugiej perspektywy. Bo duszę się. Zwyczajnie się, cholera duszę.
... mówi Szatan w końcówce filmu pt. "Adwokat diabła". Właśnie obejrzałem i jestem pod sporym wrażeniem. Dla mnie od zawsze postać Szatana była czymś fascynującym. Nie mam tu na myśli kwestii wiary. Choć i pod tym względem przypomina mi się dialog z innego filmu o podobnej tematyce:
- Dziękuję za wykład, ale ja nie wierzę w Szatana.
- Szkoda. Powinna pani. Bo on bardzo wierzy w panią.
Pan Zła, mistrz symboliki, ukrytych znaczeń i metafor. "Niosący światło" ( lucis ferre ) romantyczny bojownik o wolną wolę- dar, który otoczony sprzecznościami dostaliśmy podobno w pakiecie od samego Boga. Z opcjami spisanymi pod gwiazdką drobnym druczkiem: patrz- ale nie dotykaj; dotykaj- ale nie próbuj; próbuj- ale nie smakuj. I tak na okrągło.
Wyobraźcie sobie go tak, jakby żył na świecie dosłownie gdzieś obok was. Nie ma rogów, kopyt, ogona, nie wali od niego siarką na kilometr. Ot, zwykły, skromnie odziany mężczyzna, nie zwracający na siebie uwagi i niczym nie wyróżniający się z tłumu. Funkcjonuje jak my wszyscy, smakując rozkoszy ziemskiego padołu i fascynując się chwiejną naturą najlepszego stworzenia bożego- człowieka. Jeden jego podszept może dodać skrzydeł lub ponieść na zatracenie w samą otchłań ostatecznego dna.
W filmie zdaje się być zaprzeczeniem tego, kto na manowce wodzi. To on zwraca uwagę głównego bohatera, odnoszącego same sukcesy prawnika na rzeczy typu: zwolnij, zatroszcz się o żonę, pozwól sobie choć raz przegrać. Nie daj zwieść się swej próżności, bądź skromny, żyj dla ludzi. Diabelska natura ujawnia się w nim jedynie w chwili, gdy dostrzega zwyciężającą pychę, butę, próżność. Wtedy przystępuje do dzieła, podsyca ją, ustawia przeszkody, by złamać duszę i dać jej gorycz przegranej. Coś na zasadzie nauczyciela, który daje narzędzia, ale sposób ich wykorzystania pozostawia tobie. Nie chodzi za twoim tyłkiem z poduszką, w obawie byś sobie go nie obił... Wręcz przeciwnie.
Próżność to chyba faktycznie jeden z ciekawszych grzechów. Bardzo ludzkich, powiedziałbym. Ilekroć czujemy się zwycięzcami, popuszczamy jej wodze coraz luźniej. Naginamy, naciągamy granice, aż przesadzimy, a passa się skończy. To trochę jak surfing, gdzie wykorzystuje się falę aż do samego końca. Trudno pokusić się o skromność, będąc na jej szczycie.
O. jest moją bardzo bliską przyjaciółką. Poznaliśmy się w dość nietypowy sposób: zasiliłem jako gitarzysta szeregi zespołu, który formowała wspólna znajoma. Muszę przyznać, że podczas naszego pierwszego spotkania na żarciu w Świnx'ie ten chudy rudzielec grający na perkusji trochę mnie irytował- sądziłem, że stoimy raczej po oddzielnych stronach barykady. Moja opinia szybko uległa zmianie po kilku próbach. Odkryliśmy wspólną płaszczyznę porozumienia: w jakiś dziwny sposób wyczuwałem co i jak będzie grać, gdzie zrobi przejście, gdzie wciśnie jakieś smaczki- i w drugą stronę podobnie. Instynkt, muzyczna chemia- jak kto woli. Czas płynął, trochę już wspólnie przeżyliśmy i na dzień dzisiejszy traktuję ją jak młodszą siostrę, której akurat nigdy nie miałem.
O. ma faceta, z którym jest 'since 2009: czyli naprawdę długo. Do tego niemal od samego początku ze sobą mieszkają. Charakterystyka kolesia jest barwna jak ściana Johna Lennona w czeskiej Pradze. Mocno wygadany typ z wiecznym ADHD (strach dać mu kawę albo izotonik), multiinstrumentalista, spawacz- gorąco przekonany o swojej nieomylności Dyrektor Ostatnie Zdanie. Przypomina trochę małego Yorka- wszędzie go pełno, plącze się pod nogami, do tego non stop szczeka swoim cienkim głosikiem (i nikt nie rozumie tylko po co). Jest takie powiedzenie: "Krowa która dużo ryczy- mało mleka daje"; i w tym przypadku chyba wszystko już wiadomo.
Enyłej: od jakiegoś czasu oboje żrą się dosyć mocno, i chyba idzie to w kierunku równi pochyłej. Kiedy się już widzimy, O. pojawia się ze smutną miną, w międzyczasie odbierze telefon od lubego i wychodzi z jeszcze smutniejszą. Czasami się otwiera i narzeka- z czystej bezsilności. Bo zamkniętych drzwi nie da się otworzyć głową. Trudno też przeskoczyć mury nieporozumień, gdy druga strona mówi (cytuję): "Ja nie uznaję kompromisów. A jak coś ci się nie podoba to zapraszam- niebieskie siaty z IKEA czekają". Niebieskie siaty z IKEA są duże, i rewelacyjnie sprawdzają się przy wyprowadzkach- jakby ktoś nie skumał metafory.
No i tak w kółko: dopierdalanie, kontrola, dopierdalanie, podcinanie skrzydeł, lub sprowadzanie do poziomu zero- gdy tylko nadarza się okazja. Oczywiście jest to wgląd na sytuację z perspektywy jednej osoby- O. Miałem już kilka związków w swoim życiu i wiem przynajmniej tyle, że gdy dzieje się źle- nigdy nie jest to wynikiem działań tylko i wyłącznie jednej strony. Więc biorę trochę na poprawkę, że gdybym pewnie usiadł przy flaszce z chłopakiem O.- mógłby wyśpiewać podobną litanię w przeciwnym kierunku. Nie ma się co oszukiwać: kiedy w związku coś się pierdzieli- winę dzieli się na dwa. Koniec, kropka.
... Czemu o tym piszę?
Przeraża mnie to, że w tak łatwy sposób można przegapić moment, kiedy od chwili wielkiego zauroczenia nagle wyrasta schodek, będący pierwszym stopniem rosnącego muru. Że każde żarliwe uczucie w jednej chwili potrafi przerodzić się w stygnący, coraz zimniejszy posąg. Jak wiele zależy tak naprawdę od postawy każdego z dwóch elementów jednej układanki. Obserwując swoją przeszłość często miałem refleksję, że związek jest trochę jak waga starego typu, taka z szalkami. Wszystko jest harmonią o ile ciężar jaki na nie kładziesz z obu stron jest jednakowy. Wystarczy drobna pomyłka, i całą równowagę szlag trafia.
Czasami mijam na ulicy pary typu: dziadek idący za rękę z babcią. Oboje starzy, schorowani- tak bardzo razem. Zastanawiam się, na ile jest to mit o jedynej, słodkiej i łatwej, "prawdziwej" miłości; a na ile ciężka, katorżnicza praca oraz harówka, by przetrwać ze sobą tyle lat. Patrzę na taki obrazek i ciekawi mnie, ile mieli kłótni, starć, prób opuszczenia i wyprowadzek, ile łez, trzaskania drzwiami, oskarżeń, wyzwisk, nienawiści. Wydaje mi się, że dużo. Próbując liczyć ich lata, musiało być w tym jednak trochę miłości- czegoś większego niż tylko rutyna przyzwyczajenia, obaw przed zmianami, strachem o stabilność rodziny. Różnica między nimi a nami dzisiaj jest tylko taka, że gdy im się coś psuło- to to naprawiali, a nie sprawiali sobie nowe...
Bycie w związku nie jest wcale łatwą sprawą (no- może przez pierwszy rok, kiedy jest etap fascynacji i wszyscy śmigają wesoło w różowych okularach). Dalej to po prostu walka, ciężka i mozolna praca, sztuka kompromisu. Kiedy ścierają się dwa światy- to poniekąd próba naszych charakterów. Oboje wynosimy z domu miliony zachowań i przyzwyczajeń: kto robi śniadania, kto zmywa, wynosi śmieci, itd. Miliony drobnostek, pierdół i fanaberii, które potem mierzą się ze sobą nawzajem. Próba sił, naginanie granic, testowanie- kto ile zniesie, do czego można się posunąć. Trzeba się sporo napocić, by sprawić, że razem przeskakujecie te mury, które rosną. Bo to, że urosną- jest pewne jak śmierć i podatki. Tylko od nas zależy, w którą stronę to pójdzie. Ale do tego trzeba chęci, czasu, cierpliwości, konwersacji i zrozumienia. Najgorsze jest chyba to, że kiedy wszystko wchodzi na wyższy poziom, dzieje się czasem paradoks. Najbliższa osoba staje się dla nas tak bliska, że przestajemy mieć hamulce. Teraz odpowiedzcie sobie sami na pytanie: kto znosi wasze wszystkie niepowodzenia, humory, ciężki dzień w pracy, wkurwiającego szefa, czy na przykład babę z autobusu, która zepsuła wam dzień jakimś wrednym komentarzem?
Ci, którzy znają mnie trochę dłużej- patrząc na tytuł tego posta mogliby prawdopodobnie powątpiewać, czy aby rzeczywiście jestem jego autorem. Bo i owszem, mam za sobą lata w trakcie których za kołnierz raczej nie wylewałem- w zgodzie z myślą przewodnią pt.: "Alkoholu i różańca nigdy nie odmawiam". Późny ogólniak, wczesny etap studiów, potem liczne imprezy. Oczywiście daleko mi do rekordów pana Jerzego Pilcha czy chłopaków z Acid Drinkers. Zresztą w moim przypadku sprawa jest zasadniczo prosta: butelka zawsze stanowiła jedynie tło i dodatek, a nie głównego bohatera spektaklu.
Tym ostatnim jest człowiek i jego liczba mnoga: ludzie. Mam do nich w życiu szczęście- co rusz prześlizgują się przez nie niezwykłe indywidualności (niezależnie od kierunku w jakim owa indywidualność podąża). W większości przypadków mam jednak wrażenie, że były to osoby warte nawet sporego bólu głowy następnego poranka. Do takiej jakości przyzwyczaiło mnie pierwsze popijanie z czasów liceum. Stały skład, moc bratnich dusz (większość nie przetasowała się przez lata). Piliśmy w lasach, nad jeziorami, grając lub słuchając muzyki, chłonąc literaturę i rozmawiając o życiu do późnych godzin nocnych. To o te rozmowy się rozchodziło. Otwieraliśmy się na siebie, wyciągaliśmy najdelikatniejsze podstawy tego, co przetrzymywały nasze głowy. Tylko potem było gorzej. Porozjeżdżaliśmy się do innych Wielkich Miast na studia. Nowe ekipy, nowe twarze. Spodziewasz się, że będzie tak samo, lub chociaż podobnie... Przecież zaczęły się studia, dołączyliśmy do elity umysłowej, weszliśmy na nowe, niepoznane grunty wyższych wartości intelektualnych. I pierwszy zjazd w dół... Poruszasz jakiś głębszy temat i słyszysz: "No co ty pierdolisz... weź łyknij, bo chyba za mało wypiłeś?". A ideały obracają się w popiół.
Na dłuższą metę takie odzywki były dla mnie niczym innym, jak tylko sygnałem do odwrotu. Sorry, nie tutaj zaparkowałem brykę- idę więc szukać dalej. Sporo to zajęło, ale w końcu nauczyłem się odnajdywać takie osoby jak z mojego ogólniaka. Powróciło zaufanie, radość późnych godzin nocnych, rozmowy, odkrywanie filozofii, innych ścieżek. Powróciło przekonanie, że wypicie tych kilku butelek daje mi coś więcej, niż tylko tępy ból głowy następnego dnia. I tego trzymam się do dziś. No- staram się...
Jestem raczej typem zwierzęcia międzyludzkiego. Mimo, że cholernie lubię czasem samotność- mam dobrze rozwinięty instynkt stadny i ciągnie mnie do ludzi. Dlatego strasznie mnie cieszyło, kiedy nagle okazało się, że mam tylu znajomych by zbić się w 'nasto-osobową ekipę i zrobić na przykład jakiś wspólny wypad. Cieszyły mnie późniejsze popijawy, wracanie "wesołym" autobusem nocnym z Dworca Centralnego. Cieszyło mnie nawet sporadyczne rzyganie, gdy przegiąłem i kac. I gdzieś w tym wszystkim w międzyczasie znów poczułem, że ucieka mi sedno. Był taki moment kilka miesięcy temu, kiedy nagle zaczęło mi się wydawać, że wpadłem w krąg jakichś dziwnych zależności. Jakbym był cokolwiek komukolwiek winien. Uczestniczyłem w spotkaniach, na których motywem przewodnim lub pretekstem stawała się flaszka. Chciałem przyjść na browar lub dwa- a okazywało się, że MUSZĘ pić flaszkę. Sms od ziomka: "Wpadaj man, zobaczysz mieszkanie i zrobimy flaszeczkę". Zaproszenie: "Flaszka czeka, chodź- napijemy się". I tak w kółko.
Pojechałem raz do mojego basisty, by zrobić nowy kawałek. Spotkaliśmy się i okazało się, że mamy podobny problem: znajomych z kategorii tych od flaszki, dla których stała się ona jedynym sensem. Już nie tłem do wydarzeń, a głównym, samotnym bohaterem. Hobby. Miłością i celem. W takich sytuacjach nie licz na zrozumienie. Nie zakumają, że być może zamiast zachlewania pały wolisz pobiegać, pójść na film, rolki czy pogadać. "Nie pijesz?! Ale z ciebie pizda!". I tym podobne. Dotarła do mnie taka myśl, że w przypadku niektórych znajomych nie pamiętam interakcji, której podstawą nie były procenty. Owszem, nie zaprzeczam- fajnie mieć nawet i takich ludzi, z którymi można spotkać się po prostu na browar. Czasem się to przydaje. Ale chyba potrzebuję czegoś ponad to. Czegoś więcej, niż bezproduktywnego chlańska, po którym jedyne co mnie spotka to umieranie przez połowę następnego dnia.
Nadal lubię alkohol; lubię browary w plenerze i nawet to, że czasem może być ich za dużo. Ale mając do wyboru różne opcje... zdecydowanie wolę pojechać na drugi koniec Wielkiego Miasta do mojego basisty, skomponować oraz nagrać nowy numer... i dopiero potem spaść z dywanu na łeb. W nagrodę wartej swojej ceny. Bo jak to mówił mój ojciec (i wielu innych ojców przed nim): BO PIĆ, TO TRZEBA WIEDZIEĆ Z KIM.