Czas jakoś tak szybko mi ostatnio mija. Mam wrażenie, że nie tak dawno temu świętowaliśmy nadejście nowego roku, a tu proszę... już marzec. Wiosna stoi u bram, dziś jest podobno + 18 stopni na dworze. Przez trzy ostatnie tygodnie nic nowego tu nie pisałem... Jakoś nie miałem o czym. Co prawda po głowie chodzi mi kilka tematów, ale takie rzeczy wychodzą zawsze lepiej na świeżo, pod wpływem impulsu lub konkretnego wydarzenia. W przeciwnym razie przypominają trochę gniota lub ciasto z zakalcem- niby fajne, a jednak czuć, że na siłę...
Tak więc nic nie pisałem. W życiu stabilizacja. Właściwie nie nazwałbym tego nawet stabilizacją. Nie przepadam za tym słowem, bo dla mnie "stabilizacja" kojarzy się jednoznacznie z wyrażeniami typu: nuda, bezruch, komfort; z czymś na zasadzie, że "nic się nie dzieje". A w moim przypadku raczej dzieje się sporo. Wychodzi na to, że nie układanie sobie żadnych noworocznych postanowień to jednak dobra strategia. W przeciwnym razie zamknąłbym się w sztywnych ramach listy rzeczy do odhaczenia. W przypadku, gdyby czegoś nie udało mi się osiągnąć pozostałoby tylko denerwowanie się na samego siebie: "mogłem, a nie zrobiłem". A tak- mam przestrzeń i pole do popisu. Tak więc znowu dużo czytam, szukam nowej muzyki, tworzę trochę własnej, nadrobiłem zaległości filmowe, łażę na koncerty, ukulturalniam się, zacząłem nawet robić porządek z zębami: udałem się do dentysty (sic!).
W nowym roku miałem tylko jedno postanowienie: starać się rozprzestrzeniać wokół siebie jak najwięcej dobrej energii. No i teraz dzieje się tak, że mam z tego niezłą radochę. Jak w powiedzonku: "praca się zwraca". Los jakoś sprzyja, decyzje które podjąłem wcześniej okazują się być trafione, otacza mnie szereg ludzkich wzmacniaczy, nie nudzę się, czuję się dobrze z samym sobą i... chyba nie mam powodów do narzekań. Jest git.
Założyłem tego bloga prawie trzy lata temu. W sumie jako pewną deskę ratunku- moje życie pełne było martwych, nie rozwiązanych spraw, z którymi nie umiałem sobie poradzić. To było najgorsze pół roku jakie pamiętam: nie miałem pracy, celu, czułem się wypalony i osamotniony, wszystko się sypało- czegokolwiek bym nie dotknął. No i po raz kolejny okazało się, że pisanie jest dla mnie najlepszą formą autoterapii. Mogę wykrzyczeć każdą rzecz, jaka leży mi na sercu, o czymś opowiedzieć i to tak, jak nie umiałbym przekazać pewnie w zwykłej rozmowie. Pomyślałem też, że być może zdarzy się tak, że mogę tym blogiem nawet komuś pomóc. Zachęcić do testowania nowych rzeczy, muzyki, książek czy filmów, ruszenia tyłka sprzed telewizora, odejścia z bajkowego świata TEfauENu jakiejś anonimowej osobie o podobnych rozterkach, podejściu do życia. Nie wiem, jak jest... ale licznik w prawym górnym rogu ekranu wskazuje prawie 8000 wejść na tą stronę. Więc chyba jednak ktoś to czyta i zagląda. Za co dziękuję.
Podobno żywotność tego typu stron wynosi mniej więcej trzy lata. Czyli, że zbliżamy się do końca? Pewnie nie. Ale z dzisiejszej perspektywy myślę, że chyba dobrze jest czasem nie mieć tematów do pisania. Posiadać moment, w którym wszystko jest zwyczajnie i po prostu OK. Bez powodów do narzekań i ględzenia. Hmm, jutro są moje 28' urodziny. Więc życzę wszystkiego najlepszego, i sobie, i Wam.
Czas okrutnych cudów jeszcze nie przeminął. Więc nie oszukuj się. Nikt nic nie widzi!
sobota, 2 marca 2013
piątek, 8 lutego 2013
Wszystko płynie
Czwartek, godzina 19:30, pub o nazwie "Znajomi znajomych". Znacie? Do wczoraj ja też nie. Co do samego lokalu- trudno nie zarekomendować. Dwa dobrze wyposażone bary, dwa piętra (dla palących i tych nie), piwo na każdą kieszeń, ciekawa muzyka i do tego... sala kinowa. Tak więc każdy znajdzie tam coś dla siebie.
Mnie akurat ciągnęło do sali kinowej. Poszedłem tam wieczorem po pracy na projekcję filmu pt. "Wszystko płynie". Pojawiłem się na pół godziny przed rozpoczęciem seansu, zamówiłem więc piwo i usiadłem w drugim rzędzie (jeśli tak to można nazwać, gdyż rzędy stanowiły po prostu ciąg ustawionych kanap i różowych stolików). W salce było już kilka osób toczących spokojnie dyskusję na temat filmu: Pan Reżyser, Człowiek w Czerwonym Swetrze, Roztrzepany Kudłacz w Okularach (moje nadpobudliwe alter-ego?) oraz Starszy Jegomość w mocno podchmielonym stanie i staromodnej marynarce. Usiadłem i uruchomiłem ciąg myśli. Jeśli istnieją miejsca, w których można poczuć atmosferę kina oraz magię filmu- to na pewno nie należą do nich Multipleksy, Cinema Shitty czy inne masówki. Tego nie dadzą też żadne efekty trzyDE, ani nawet najlepiej uprażony popcorn. To specyfika miejsca, klimatu, przestrzeni i osobliwości. Na odbiór pewnych wrażeń składają się wszystkie bodźce: obraz, dźwięk, otoczenie, zapach.
Ciasną przestrzeń powoli zaczęli wypełniać ludzie. Na tego typu seansach nie zobaczysz wytapetowanych blondyneczek z tipsami, śmiejących się do swego różowego telefonu (na szczęście dla nich- i tak by nie zrozumiały). Przychodzą ci spoza mainstreamu, poszukiwacze, pasjonaci. To widać gołym okiem. Arafatki, wyciągnięte swetry, wytarte spodnie... poczułem, że jestem u siebie, w swoim świecie i klimatach. Zgasły światła, zaczął się film. Zanurzyłem się w ciszy oraz komforcie mojej wygodnej kanapy. Po chwili dotarł do mnie piękny zapach perfum kobiety siedzącej naprzeciwko. To nic, że fragment ekranu zasłaniała mi bujna fryzura Roztrzepanego Kudłacza w Okularach- na takie rzeczy nie zwraca się uwagi, po prostu są to bodźce tworzące całą tą atmosferę. Sączyłem swoje piwo i dałem się porwać...
"Wszystko płynie"- obraz produkcji polskiej z roku 2011, kategoria mocno off'owa (co nie oznacza, że na minus- wręcz przeciwnie). Film ma jednego bohatera. Poznajemy go w momencie kiedy wsiada do starej, drewnianej łodzi (konstrukcja raczej archaiczna: podłużny kształt, wiosło flisackie, na rufie niewielki silnik motorowy) i odbija z jednego z warszawskich brzegów, by popłynąć z nurtem Wisły. Od razu można zauważyć, że jest to ucieczka: bohater ma problem, traumę- choć nie od razu poznajemy jaką. Wyprawa rzeką to jego próba zmierzenia się z tym. Po drodze napotyka różnych ludzi. Starych, doświadczonych życiowo i tęskniących za dawnymi czasami; oraz młodych- zobojętnionych, wyobcowanych. Sam mówi niewiele. Należy raczej do tych skrytych osób, które twardą powłoką ochraniają wrażliwe serce. Zwłaszcza teraz, gdy jego zostało złamane...
Więcej nie zdradzam. Po prostu warto ten film obejrzeć samemu. Klasyczne kino drogi (w tym przypadku raczej rzeki), piękna oprawa, wspaniałe krajobrazy, genialna ścieżka dźwiękowa. I jest w tym to "coś"- przekaz. Odpowiedź na problemy i zranioną duszę; wyzwanie, którego zawsze należy poszukiwać w samotności, blisko natury i w sytuacji, w której jesteśmy zdani tylko na własne siły. Tylko w takich momentach ujawnia się moc charakteru.
Po obejrzeniu miałem w głowie myśl, że "Wszystko płynie" to taki polski odpowiednik "Into the wild". Istnieją podobieństwa: klimat oprawy muzycznej, motyw ucieczki od świata i problemów, podział filmu na rozdziały. Nic bardziej mylnego. Wiem, bo spytałem Pana Reżysera :)
Mnie akurat ciągnęło do sali kinowej. Poszedłem tam wieczorem po pracy na projekcję filmu pt. "Wszystko płynie". Pojawiłem się na pół godziny przed rozpoczęciem seansu, zamówiłem więc piwo i usiadłem w drugim rzędzie (jeśli tak to można nazwać, gdyż rzędy stanowiły po prostu ciąg ustawionych kanap i różowych stolików). W salce było już kilka osób toczących spokojnie dyskusję na temat filmu: Pan Reżyser, Człowiek w Czerwonym Swetrze, Roztrzepany Kudłacz w Okularach (moje nadpobudliwe alter-ego?) oraz Starszy Jegomość w mocno podchmielonym stanie i staromodnej marynarce. Usiadłem i uruchomiłem ciąg myśli. Jeśli istnieją miejsca, w których można poczuć atmosferę kina oraz magię filmu- to na pewno nie należą do nich Multipleksy, Cinema Shitty czy inne masówki. Tego nie dadzą też żadne efekty trzyDE, ani nawet najlepiej uprażony popcorn. To specyfika miejsca, klimatu, przestrzeni i osobliwości. Na odbiór pewnych wrażeń składają się wszystkie bodźce: obraz, dźwięk, otoczenie, zapach.
Ciasną przestrzeń powoli zaczęli wypełniać ludzie. Na tego typu seansach nie zobaczysz wytapetowanych blondyneczek z tipsami, śmiejących się do swego różowego telefonu (na szczęście dla nich- i tak by nie zrozumiały). Przychodzą ci spoza mainstreamu, poszukiwacze, pasjonaci. To widać gołym okiem. Arafatki, wyciągnięte swetry, wytarte spodnie... poczułem, że jestem u siebie, w swoim świecie i klimatach. Zgasły światła, zaczął się film. Zanurzyłem się w ciszy oraz komforcie mojej wygodnej kanapy. Po chwili dotarł do mnie piękny zapach perfum kobiety siedzącej naprzeciwko. To nic, że fragment ekranu zasłaniała mi bujna fryzura Roztrzepanego Kudłacza w Okularach- na takie rzeczy nie zwraca się uwagi, po prostu są to bodźce tworzące całą tą atmosferę. Sączyłem swoje piwo i dałem się porwać...
"Wszystko płynie"- obraz produkcji polskiej z roku 2011, kategoria mocno off'owa (co nie oznacza, że na minus- wręcz przeciwnie). Film ma jednego bohatera. Poznajemy go w momencie kiedy wsiada do starej, drewnianej łodzi (konstrukcja raczej archaiczna: podłużny kształt, wiosło flisackie, na rufie niewielki silnik motorowy) i odbija z jednego z warszawskich brzegów, by popłynąć z nurtem Wisły. Od razu można zauważyć, że jest to ucieczka: bohater ma problem, traumę- choć nie od razu poznajemy jaką. Wyprawa rzeką to jego próba zmierzenia się z tym. Po drodze napotyka różnych ludzi. Starych, doświadczonych życiowo i tęskniących za dawnymi czasami; oraz młodych- zobojętnionych, wyobcowanych. Sam mówi niewiele. Należy raczej do tych skrytych osób, które twardą powłoką ochraniają wrażliwe serce. Zwłaszcza teraz, gdy jego zostało złamane...
Więcej nie zdradzam. Po prostu warto ten film obejrzeć samemu. Klasyczne kino drogi (w tym przypadku raczej rzeki), piękna oprawa, wspaniałe krajobrazy, genialna ścieżka dźwiękowa. I jest w tym to "coś"- przekaz. Odpowiedź na problemy i zranioną duszę; wyzwanie, którego zawsze należy poszukiwać w samotności, blisko natury i w sytuacji, w której jesteśmy zdani tylko na własne siły. Tylko w takich momentach ujawnia się moc charakteru.
Po obejrzeniu miałem w głowie myśl, że "Wszystko płynie" to taki polski odpowiednik "Into the wild". Istnieją podobieństwa: klimat oprawy muzycznej, motyw ucieczki od świata i problemów, podział filmu na rozdziały. Nic bardziej mylnego. Wiem, bo spytałem Pana Reżysera :)
wtorek, 5 lutego 2013
Katharsis
Katharsis (gr. oczyszczenie) - uwolnienie od cierpienia, odreagowanie zablokowanego napięcia, stłumionych emocji, skrępowanych myśli i wyobrażeń.
Mam nieodparte wrażenie, że w ciągu ostatnich dwóch tygodni stycznia praktycznie codziennie doznaję czegoś na zasadzie buddyjskiego poglądu, gdzie prawo karmiczne przeplata się na wszystkich płaszczyznach z bieżącymi wydarzeniami. Każda doba to dosłownie kocioł skrajnie odmiennych doświadczeń, stanów i emocji. Słodko- gorzka symfonia życia. Nie ma w tym zupełnie żadnej regularności ani stabilności- przypomina mi to trochę losowanie dużego lotka: komorę pełną ponumerowanych piłeczek, gnanych na spotkanie przeznaczenia strumieniem sprężonego powietrza.
Mimo całego tego dziwnego chaosu mam poczucie, jakby oczyszczała się w ten sposób atmosfera wokół mnie. Stąd takie niespodziewane i z pozoru nie układające się w rozsądną całość skrajności: od rzeczy radosnych, po budzące zwątpienie. I kiedy już zdarza się, że zaczynam nie rozumieć ludzi lub rzeczywistości, nagle obok pojawia się ktoś, dzięki komu pozbywam się złej energii, poczucia winy i niepewności. Pełne katharsis.
Ciekawie jest próbować być poniekąd obserwatorem swojego własnego życia. To jest trochę jak z oglądaniem filmu lub z czytaniem książki. Zdejmij własną skórę i stań na chwilę obok. Zatrzymaj czas, weź go w ręce jak zapisany fragment twardego dysku. Kiedy bawię się w myślach takim wyobrażeniem zauważam na przykład, że sprawy którymi martwiłem się jeszcze tydzień temu, dziś są już albo rozwiązane, albo nie mają najmniejszego znaczenia.
To może infantylne, ale dla mnie takie "małe odkrycia" są dosyć istotne. Raz- bo dopada mnie niekiedy typowa polska przypadłość narodowa i bywam wtedy strasznym Narzekaczem. Narzekam i narzekam, wylewam swój mały jad na otaczającą mnie rzeczywistość, pluję się jak małe zwierzątko, nie mogące sobie poradzić z przeskoczeniem furtki do bycia zwyczajnie zadowolonym (walczę z tym oczywiście ile mogę). Dwa- zapominam. Niespodziewanie i po prostu, mała amnezja w pigułce na każdą porę dnia i nocy. Produkt uboczny rytmu życia Wielkiego Miasta. Pęd codzienności karmi się tym co mądre i piękne. Karmi się "małymi odkryciami". Tym, że patrzysz i zauważasz. W zamian wydala pot, zmęczenie i wyżej wspomniane luki pamięciowe.
Ostatnio staram się mieć oczy ciągle otwarte. Szukam drogowskazów i coraz mocniej uczę się ufać przestrzeni. Mam wrażenie, że jest ona nimi naszpikowana: ukrywa się w ludziach, filmach, książkach, teledyskach. Trzeba tylko używać zmysłów i pamiętać, że odkrycia zwykle opierają się na prostym przekazie.
Don't be afraid to be weak
Don't be too proud to be strong
Just look into your heart my friend
That will be the return to yourself
The return to innocence
If you want, then start to laugh
If you must, then start to cry
Be yourself don't hide
Just believe in destiny
Don't care what people say
Just follow your own way
Don't give up and use the chance
To return to innocence
Mam nieodparte wrażenie, że w ciągu ostatnich dwóch tygodni stycznia praktycznie codziennie doznaję czegoś na zasadzie buddyjskiego poglądu, gdzie prawo karmiczne przeplata się na wszystkich płaszczyznach z bieżącymi wydarzeniami. Każda doba to dosłownie kocioł skrajnie odmiennych doświadczeń, stanów i emocji. Słodko- gorzka symfonia życia. Nie ma w tym zupełnie żadnej regularności ani stabilności- przypomina mi to trochę losowanie dużego lotka: komorę pełną ponumerowanych piłeczek, gnanych na spotkanie przeznaczenia strumieniem sprężonego powietrza.
Mimo całego tego dziwnego chaosu mam poczucie, jakby oczyszczała się w ten sposób atmosfera wokół mnie. Stąd takie niespodziewane i z pozoru nie układające się w rozsądną całość skrajności: od rzeczy radosnych, po budzące zwątpienie. I kiedy już zdarza się, że zaczynam nie rozumieć ludzi lub rzeczywistości, nagle obok pojawia się ktoś, dzięki komu pozbywam się złej energii, poczucia winy i niepewności. Pełne katharsis.
Ciekawie jest próbować być poniekąd obserwatorem swojego własnego życia. To jest trochę jak z oglądaniem filmu lub z czytaniem książki. Zdejmij własną skórę i stań na chwilę obok. Zatrzymaj czas, weź go w ręce jak zapisany fragment twardego dysku. Kiedy bawię się w myślach takim wyobrażeniem zauważam na przykład, że sprawy którymi martwiłem się jeszcze tydzień temu, dziś są już albo rozwiązane, albo nie mają najmniejszego znaczenia.
To może infantylne, ale dla mnie takie "małe odkrycia" są dosyć istotne. Raz- bo dopada mnie niekiedy typowa polska przypadłość narodowa i bywam wtedy strasznym Narzekaczem. Narzekam i narzekam, wylewam swój mały jad na otaczającą mnie rzeczywistość, pluję się jak małe zwierzątko, nie mogące sobie poradzić z przeskoczeniem furtki do bycia zwyczajnie zadowolonym (walczę z tym oczywiście ile mogę). Dwa- zapominam. Niespodziewanie i po prostu, mała amnezja w pigułce na każdą porę dnia i nocy. Produkt uboczny rytmu życia Wielkiego Miasta. Pęd codzienności karmi się tym co mądre i piękne. Karmi się "małymi odkryciami". Tym, że patrzysz i zauważasz. W zamian wydala pot, zmęczenie i wyżej wspomniane luki pamięciowe.
Ostatnio staram się mieć oczy ciągle otwarte. Szukam drogowskazów i coraz mocniej uczę się ufać przestrzeni. Mam wrażenie, że jest ona nimi naszpikowana: ukrywa się w ludziach, filmach, książkach, teledyskach. Trzeba tylko używać zmysłów i pamiętać, że odkrycia zwykle opierają się na prostym przekazie.
Don't be afraid to be weak
Don't be too proud to be strong
Just look into your heart my friend
That will be the return to yourself
The return to innocence
If you want, then start to laugh
If you must, then start to cry
Be yourself don't hide
Just believe in destiny
Don't care what people say
Just follow your own way
Don't give up and use the chance
To return to innocence
niedziela, 27 stycznia 2013
Rzut monetą
Stoję sobie oko w oko z dosyć sporym dylematem. Rozważam odejście od projektu, przy którym poświęcałem się od ponad roku. Wkładałem w niego czas, pieniądze, energię i mnóstwo pomysłów; a teraz wszystko to "jak krew w piach" (jak mówił Adaś Miauczyński w "Dniu świra"). Ciężko jest coś takiego porzucić od tak- zwłaszcza gdy traktuje się to jak własne "dziecko", w które inwestujesz wysiłek, patrzysz jak dojrzewa i rośnie w siłę... Najgorzej, kiedy ktoś obcy wszystkie te starania obraca w diabły.
Palenie za sobą mostów ma swoje dwa oblicza. Patrząc wstecz musisz zmierzyć się z własnym przywiązaniem. Z reguły człowiek zapamiętuje tylko te dobre zdarzenia: pozytywne więzi, relacje z ludźmi, metafizyczne połączenie (takie, w którym bez słów rozumiecie sens i istotę rzeczy), radość z procesu tworzenia oraz wspólnego wysiłku. Dlatego nawet gdy coś się psuje to ciągle istnieje wtedy nadzieja, że wszystko się poprawi lub odmieni na lepsze. Przez wzgląd na to, co było. A im częściej spoglądasz wstecz, tym trudniej pójść krok dalej. Idealnie wyobraża to właśnie metafora człowieka stojącego na środku mostu. Patrzysz za siebie i widzisz ludzi których lubisz lub kochasz, ale wiesz jednocześnie, że dalsza wspólna droga nie ma już sensu. By jednak ruszyć sprawy do przodu, musisz przejść całą długość mostu po czym go spalić, by zamknąć te połączenie raz na zawsze.
Kiedy nie wiem, jaką decyzję podjąć, raczej rzadko proszę innych ludzi o pomoc lub radę. Przeważnie wolę mierzyć się z tym sam. Próbuję usłyszeć w ciszy swój wewnętrzny głos: ten, który się nie myli i zawsze mówi prawdę, choć może nie do końca bezbolesną. Interpretuję znaki i uczę się je odczytywać tak, by wyzbyć się wątpliwości. Wydaje mi się jednak, że czasem dobrze jest posłuchać obiektywnego/ subiektywnego zdania innych osób. To jak z konkursem "prawda czy fałsz". Mam wtedy przed nosem czyjąś opinię i niezależnie od jej treści odczuwam sprzężenie zwrotne: albo jest zgodne z tym, co sam odczuwam głęboko w środku siebie, albo totalnie przeciwne. Tak czy inaczej- wtedy już wiadomo, jaką decyzję należy podjąć.
Jeśli masz w głowie mętlik i nie wiesz, co zrobić- po prostu rzuć monetą. Dwie trudne decyzje jako orzeł i reszka. Niezależnie od dylematu, kiedy podrzucasz monetę do góry- moment pomiędzy jej obrotami i opadnięciem: ten krótki ułamek sekundy, błysk chwili- zwykle uświadomi Ci, czego pragniesz tak naprawdę.
Czasem zastanawiam się, co ma większą wartość: nieustraszone gnanie przed siebie, czy zachowawcza ostrożność w decyzjach. W obu przypadkach coś można zyskać, coś stracić, coś przeoczyć. Dobrym wyznacznikiem są własne odczucia... Jeśli robisz coś na przekór sobie i nie sprawia ci to już radości oraz satysfakcji- na nic próby ratowania, mediacji czy uzdrawiania świata. Zakładaj buty i idź przed siebie. Horyzont zawsze przynosi nowe możliwości.
Palenie za sobą mostów ma swoje dwa oblicza. Patrząc wstecz musisz zmierzyć się z własnym przywiązaniem. Z reguły człowiek zapamiętuje tylko te dobre zdarzenia: pozytywne więzi, relacje z ludźmi, metafizyczne połączenie (takie, w którym bez słów rozumiecie sens i istotę rzeczy), radość z procesu tworzenia oraz wspólnego wysiłku. Dlatego nawet gdy coś się psuje to ciągle istnieje wtedy nadzieja, że wszystko się poprawi lub odmieni na lepsze. Przez wzgląd na to, co było. A im częściej spoglądasz wstecz, tym trudniej pójść krok dalej. Idealnie wyobraża to właśnie metafora człowieka stojącego na środku mostu. Patrzysz za siebie i widzisz ludzi których lubisz lub kochasz, ale wiesz jednocześnie, że dalsza wspólna droga nie ma już sensu. By jednak ruszyć sprawy do przodu, musisz przejść całą długość mostu po czym go spalić, by zamknąć te połączenie raz na zawsze.
Kiedy nie wiem, jaką decyzję podjąć, raczej rzadko proszę innych ludzi o pomoc lub radę. Przeważnie wolę mierzyć się z tym sam. Próbuję usłyszeć w ciszy swój wewnętrzny głos: ten, który się nie myli i zawsze mówi prawdę, choć może nie do końca bezbolesną. Interpretuję znaki i uczę się je odczytywać tak, by wyzbyć się wątpliwości. Wydaje mi się jednak, że czasem dobrze jest posłuchać obiektywnego/ subiektywnego zdania innych osób. To jak z konkursem "prawda czy fałsz". Mam wtedy przed nosem czyjąś opinię i niezależnie od jej treści odczuwam sprzężenie zwrotne: albo jest zgodne z tym, co sam odczuwam głęboko w środku siebie, albo totalnie przeciwne. Tak czy inaczej- wtedy już wiadomo, jaką decyzję należy podjąć.
Jeśli masz w głowie mętlik i nie wiesz, co zrobić- po prostu rzuć monetą. Dwie trudne decyzje jako orzeł i reszka. Niezależnie od dylematu, kiedy podrzucasz monetę do góry- moment pomiędzy jej obrotami i opadnięciem: ten krótki ułamek sekundy, błysk chwili- zwykle uświadomi Ci, czego pragniesz tak naprawdę.
Czasem zastanawiam się, co ma większą wartość: nieustraszone gnanie przed siebie, czy zachowawcza ostrożność w decyzjach. W obu przypadkach coś można zyskać, coś stracić, coś przeoczyć. Dobrym wyznacznikiem są własne odczucia... Jeśli robisz coś na przekór sobie i nie sprawia ci to już radości oraz satysfakcji- na nic próby ratowania, mediacji czy uzdrawiania świata. Zakładaj buty i idź przed siebie. Horyzont zawsze przynosi nowe możliwości.
niedziela, 20 stycznia 2013
Dobrzy ludzie mają się dobrze
Dobrzy ludzie mają się dobrze. Mimo, że życie niekoniecznie lubi ich oszczędzać. W sumie nikt nigdy nie dowiódł, że zasada "wygenerowane dobro zawsze do ciebie powróci" musi być stuprocentową prawidłowością. Nie ma też co liczyć na sprawiedliwość- że ktoś na coś zasługuje lub nie, i każdemu po równo. Albo na ten bajer z oliwą "która na wierzch wypływa". Generalnie kultura ukształtowała nas tak, że w ostateczności liczymy jednak na ten happy end. Wierzymy w niego bardzo, ale to chyba dobrze, bo nadzieja zawsze dodaje tych kilka piór do naszych skrzydeł. Bez tego trudno byłoby przetrwać, nie załamać się i nie zwątpić do końca. To pomaga w mierzeniu się z rzeczywistością, która o dziwo lubi schody, wyboje i nierówności terenu, dzięki którym możemy upaść boleśnie na tyłek.
Znam wielu dobrych ludzi. Właściwie to odkąd pamiętam zawsze takich przyciągałem. Może mam do nich po prostu szczęście, a może to też zasługa jakiegoś niewidzialnego kompasu z wnętrza mojego umysłu. Kiedy kogoś spotykam to bardzo szybko wychwytuję te wibracje- czuję, czy mogę się zbliżyć oraz otworzyć bez strachu o nóż dążący do wbicia się w plecy, czy lepiej zabrać nogi za pas i omijać taką osobę szerokim łukiem. Nie mam więc na fejsie trzystu znajomych. Nie mam ich właściwie nawet stu... ale każda z tych dziewięćdziesięciu iluś jest mi bliska i odegrała w moim życiu jakąś ważną rolę. Bo u mnie przyjaciele nie idą w ilość, a bardziej w jakość.
W piątek wybraliśmy się na paintball. To jest już jak co miesięczny rytuał. Najpierw strzelamy, a potem procentowe afterparty. Z niektórymi osobami z tej ekipy nie widziałem się od miesiąca, może dwóch. W przerwach między kolejnymi scenariuszami rozgrywek, gdy są pochłonięci czyszczeniem masek lub sprawdzaniem stanu amunicji wykorzystuję ich nieświadomość i przyglądam się twarzom. Kiedy nie zdają sobie sprawy, że ich obserwuję- mam wtedy czas... i próbuję czytać. Bo ludzie mają wszystko wypisane w oczach. Radość, miłość, zatroskanie czy problemy. Wystarczy po prostu popatrzeć.
G. i M. są bardzo zakochani. Za kilka miesięcy biorą ślub. To nic, że niekiedy są ciche dni lub kłótnie o niepozmywane naczynia i to, że M. nie wyniósł kosza na śmieci (a przecież rano obiecał). A dziś zapomniał o jej imieninach. To nic, że G. syknie wtedy: "Ale on mnie czasem wkurwia", a M. zaciśnie pięści bo przydałby mu się tzw. święty spokój. Takie rzeczy nie mają tak naprawdę znaczenia. Bo rozumieją, że to po prostu jest cały on i cała ona. Kompletna paleta wad i zalet tworzących pełnię świadomości, że jedno nie może przecież funkcjonować bez drugiego. Bo prawdziwa miłość istnieje i wydarza się na naszych oczach, bez względu na ilość malkontentów twierdzących inaczej.
Przerzucam wzrok na inną osobę. Widzę, jak G. czyści swój mundur w świetle ognia buchającego z metalowej beczki, przy której ogrzewamy się między rundami. Czasem dla żartu wymyślam dla G. jakieś dziwne ksywy: a to Hipster, a to Praski Cwaniaczek... Kilka razy zagaduję ją: "Co tam, jak tam?". To nie jest jej czas na zwierzenia, więc zapala papierosa, puści jakiś żarcik lub się ze mną droczy bagatelizując sprawę. A ja już wiem, że chodzi o jej chłopaka. Jakiś czas temu G. w końcu spotkała naprawdę dobrze rokującego faceta. Nie poznałem go wprawdzie mega wnikliwie, ale na pierwszy rzut oka widać, że to nie jest jeden z tych wyrachowanych, cwanych drani, lubiących zabawić się kosztem czyichś uczuć. Nic z tych rzeczy. Ma czyste oraz spokojne spojrzenie, w którym ujrzeć można także smutek i niepewność... To jedno z tych, należących do ludzi o złotym sercu, a których życie nie raczyło jednak oszczędzać. Gra się kończy, dopijamy na hali grzańca z mikrofalówki i idziemy całą ekipą do jakiejś spelunki, niedaleko. W środku siadam obok G. i zaczynamy rozmawiać. Nie wszystko dzieje się po jej myśli. Są rzeczy, których nie może obejść: mimo, że bardzo się stara. Bo niestety cały problem z miłością polega na tym, że aby ją poczuć w pełni, trzeba się obnażyć- wystawić z ufnością swój najczulszy i najsłabszy punkt na zranienie lub cios (który może, aczkolwiek nie musi nadejść). Ktoś, kogo życie doświadczyło pewną goryczą w tych sprawach z reguły kolejny raz tak łatwo się nie otwiera...
Tak więc słucham G. Jest mi smutno i jakoś źle, że te problemy właśnie ją akurat spotykają. Bo dobrzy ludzie nie zasługują na takie rzeczy. Staram się nie mędrkować i nie podawać gotowych przepisów na życie. Chcę, by zdała sobie sprawę z własnej siły i mądrości. By nie próbowała iść po szczęście drogą pokazaną przez kogoś... Bo może wytyczyć ją sobie sama, choć jeszcze nie jest tego pewna. Mówię jej tylko, jak ważna jest szczerość i cierpliwość. Bo dzięki temu, nawet jeśli w ostatecznym rachunku zawiedzie się na kimś... na pewno nie zawiedzie się na sobie samej.
Do domu wracam samochodem z Panem T. Dzięki niemu przypominam sobie znów smak kebaba i rozmów przy piwie do godziny 4:00 nad ranem. T. jest jednym z takich "wzmacniaczy"- ludzi świecących jasnym światłem. Ciągle stara się generować wokół siebie dużo dobra: cały czas komuś pomaga, nikomu nie obrabia za plecami tyłków, jest świetnym przyjacielem i można na niego liczyć praktycznie w każdej sytuacji. Mimo wszystkich tych pozytywnych fluidów jakie sam wysyła- nie ma jednak sukcesów w miłości. Trafia albo źle, albo jeszcze gorzej. Przez takie historie czasami nie potrafię zrozumieć ludzkiej karmy. Znam tyle osób, które mimo swojej wewnętrznej dobroci, urody lub wspaniałego charakteru chodzą po tym świecie zupełnie sami. Staram się powtarzać sobie, że to w końcu do nich wróci, że odnajdą szczęście na jakie zasługują... Bo są tego warci.
Nic mi tak nie doskwiera jak myśl, że dobro tak rzadko jest doceniane. Czasem denerwuję się na los, że nie jest sprawiedliwy dla takich pozytywnych wojowników. Ale staram się wierzyć w ten happy end, że wreszcie znajdą to, na co z czystym sercem zasługują. Zaczynam im wtedy w myślach życzyć jak najlepiej, powtarzam ochronne mantry, om mani peme hung. I gdzieś w głębi czuję, że jeszcze będzie ok. Budda pewnie też nieraz dostał wpierdol...
Znam wielu dobrych ludzi. Właściwie to odkąd pamiętam zawsze takich przyciągałem. Może mam do nich po prostu szczęście, a może to też zasługa jakiegoś niewidzialnego kompasu z wnętrza mojego umysłu. Kiedy kogoś spotykam to bardzo szybko wychwytuję te wibracje- czuję, czy mogę się zbliżyć oraz otworzyć bez strachu o nóż dążący do wbicia się w plecy, czy lepiej zabrać nogi za pas i omijać taką osobę szerokim łukiem. Nie mam więc na fejsie trzystu znajomych. Nie mam ich właściwie nawet stu... ale każda z tych dziewięćdziesięciu iluś jest mi bliska i odegrała w moim życiu jakąś ważną rolę. Bo u mnie przyjaciele nie idą w ilość, a bardziej w jakość.
W piątek wybraliśmy się na paintball. To jest już jak co miesięczny rytuał. Najpierw strzelamy, a potem procentowe afterparty. Z niektórymi osobami z tej ekipy nie widziałem się od miesiąca, może dwóch. W przerwach między kolejnymi scenariuszami rozgrywek, gdy są pochłonięci czyszczeniem masek lub sprawdzaniem stanu amunicji wykorzystuję ich nieświadomość i przyglądam się twarzom. Kiedy nie zdają sobie sprawy, że ich obserwuję- mam wtedy czas... i próbuję czytać. Bo ludzie mają wszystko wypisane w oczach. Radość, miłość, zatroskanie czy problemy. Wystarczy po prostu popatrzeć.
G. i M. są bardzo zakochani. Za kilka miesięcy biorą ślub. To nic, że niekiedy są ciche dni lub kłótnie o niepozmywane naczynia i to, że M. nie wyniósł kosza na śmieci (a przecież rano obiecał). A dziś zapomniał o jej imieninach. To nic, że G. syknie wtedy: "Ale on mnie czasem wkurwia", a M. zaciśnie pięści bo przydałby mu się tzw. święty spokój. Takie rzeczy nie mają tak naprawdę znaczenia. Bo rozumieją, że to po prostu jest cały on i cała ona. Kompletna paleta wad i zalet tworzących pełnię świadomości, że jedno nie może przecież funkcjonować bez drugiego. Bo prawdziwa miłość istnieje i wydarza się na naszych oczach, bez względu na ilość malkontentów twierdzących inaczej.
Przerzucam wzrok na inną osobę. Widzę, jak G. czyści swój mundur w świetle ognia buchającego z metalowej beczki, przy której ogrzewamy się między rundami. Czasem dla żartu wymyślam dla G. jakieś dziwne ksywy: a to Hipster, a to Praski Cwaniaczek... Kilka razy zagaduję ją: "Co tam, jak tam?". To nie jest jej czas na zwierzenia, więc zapala papierosa, puści jakiś żarcik lub się ze mną droczy bagatelizując sprawę. A ja już wiem, że chodzi o jej chłopaka. Jakiś czas temu G. w końcu spotkała naprawdę dobrze rokującego faceta. Nie poznałem go wprawdzie mega wnikliwie, ale na pierwszy rzut oka widać, że to nie jest jeden z tych wyrachowanych, cwanych drani, lubiących zabawić się kosztem czyichś uczuć. Nic z tych rzeczy. Ma czyste oraz spokojne spojrzenie, w którym ujrzeć można także smutek i niepewność... To jedno z tych, należących do ludzi o złotym sercu, a których życie nie raczyło jednak oszczędzać. Gra się kończy, dopijamy na hali grzańca z mikrofalówki i idziemy całą ekipą do jakiejś spelunki, niedaleko. W środku siadam obok G. i zaczynamy rozmawiać. Nie wszystko dzieje się po jej myśli. Są rzeczy, których nie może obejść: mimo, że bardzo się stara. Bo niestety cały problem z miłością polega na tym, że aby ją poczuć w pełni, trzeba się obnażyć- wystawić z ufnością swój najczulszy i najsłabszy punkt na zranienie lub cios (który może, aczkolwiek nie musi nadejść). Ktoś, kogo życie doświadczyło pewną goryczą w tych sprawach z reguły kolejny raz tak łatwo się nie otwiera...
Tak więc słucham G. Jest mi smutno i jakoś źle, że te problemy właśnie ją akurat spotykają. Bo dobrzy ludzie nie zasługują na takie rzeczy. Staram się nie mędrkować i nie podawać gotowych przepisów na życie. Chcę, by zdała sobie sprawę z własnej siły i mądrości. By nie próbowała iść po szczęście drogą pokazaną przez kogoś... Bo może wytyczyć ją sobie sama, choć jeszcze nie jest tego pewna. Mówię jej tylko, jak ważna jest szczerość i cierpliwość. Bo dzięki temu, nawet jeśli w ostatecznym rachunku zawiedzie się na kimś... na pewno nie zawiedzie się na sobie samej.
Do domu wracam samochodem z Panem T. Dzięki niemu przypominam sobie znów smak kebaba i rozmów przy piwie do godziny 4:00 nad ranem. T. jest jednym z takich "wzmacniaczy"- ludzi świecących jasnym światłem. Ciągle stara się generować wokół siebie dużo dobra: cały czas komuś pomaga, nikomu nie obrabia za plecami tyłków, jest świetnym przyjacielem i można na niego liczyć praktycznie w każdej sytuacji. Mimo wszystkich tych pozytywnych fluidów jakie sam wysyła- nie ma jednak sukcesów w miłości. Trafia albo źle, albo jeszcze gorzej. Przez takie historie czasami nie potrafię zrozumieć ludzkiej karmy. Znam tyle osób, które mimo swojej wewnętrznej dobroci, urody lub wspaniałego charakteru chodzą po tym świecie zupełnie sami. Staram się powtarzać sobie, że to w końcu do nich wróci, że odnajdą szczęście na jakie zasługują... Bo są tego warci.
Nic mi tak nie doskwiera jak myśl, że dobro tak rzadko jest doceniane. Czasem denerwuję się na los, że nie jest sprawiedliwy dla takich pozytywnych wojowników. Ale staram się wierzyć w ten happy end, że wreszcie znajdą to, na co z czystym sercem zasługują. Zaczynam im wtedy w myślach życzyć jak najlepiej, powtarzam ochronne mantry, om mani peme hung. I gdzieś w głębi czuję, że jeszcze będzie ok. Budda pewnie też nieraz dostał wpierdol...
poniedziałek, 14 stycznia 2013
Starość nie radość...
... a młodość nie wieczność. Tako rzecze mądre polskie przysłowie. Obserwując rzeczywistość dookoła mnie mam wrażenie, że mit o "złotej jesieni" można sobie odłożyć do lamusa. Przynajmniej nie w tym kraju.
Poszedłem dziś do Planety Carrefour po zakupy. W dziale z kawą i herbatą zobaczyłem starszą panią. Rozbiegane oczy, trzęsące się ręce i płytki oddech. Co najmniej od kilku minut szukała bezskutecznie Inki- swojej ulubionej kawy. W końcu zaczepiła jedną z kobiet, które rozładowywały towar gdzieś nieopodal. Dziewczyna w kilka sekund znalazła i wręczyła jej właściwy produkt.
W starszej kobiecie coś pękło... Załamała się i zaczęła płakać- opakowanie podane przez ekspedientkę w niczym nie przypominało kawy, którą kupowała przez tyle lat. Młoda dziewczyna przez jakieś trzy minuty próbowała ją uspokoić. Tłumaczyła, że to przecież ta sama Inka, co zawsze- po prostu zmieniła się szata graficzna opakowania.
Kobieta w końcu wzięła paczuszkę z rąk dziewczyny i poszła. Widziałem, że gdy minęła regał, wyjęła trzęsącą się, pomarszczoną dłonią kawę z koszyka. Jeszcze raz spojrzała z niedowierzaniem na opakowanie i odstawiła je na półkę z majonezami jako omen nowej oraz dziwnej rzeczywistości, której nie potrafiła zaakceptować.
Boję się starości. Boję się starości nieporadnej, niepogodzonej z rzeczywistością. Niedostosowanej i bolesnej. Takiej, w której musisz patrzeć jak odchodzą po kolei wszyscy, których się kochało. Gdy nie jesteś już nikomu potrzebny. Kiedy zwyczajnie nie poznajesz codzienności i nie rozumiesz, co się z nią stało. Dlaczego Inka, którą kupowałeś od lat za cholerę nie chce przypominać tej, która leży na półce tej bezdusznej hali targowej, w której nikt nie przywita cię najzwyklejszym "dzień dobry" i nie zagada na temat pogody...
Poszedłem dziś do Planety Carrefour po zakupy. W dziale z kawą i herbatą zobaczyłem starszą panią. Rozbiegane oczy, trzęsące się ręce i płytki oddech. Co najmniej od kilku minut szukała bezskutecznie Inki- swojej ulubionej kawy. W końcu zaczepiła jedną z kobiet, które rozładowywały towar gdzieś nieopodal. Dziewczyna w kilka sekund znalazła i wręczyła jej właściwy produkt.
W starszej kobiecie coś pękło... Załamała się i zaczęła płakać- opakowanie podane przez ekspedientkę w niczym nie przypominało kawy, którą kupowała przez tyle lat. Młoda dziewczyna przez jakieś trzy minuty próbowała ją uspokoić. Tłumaczyła, że to przecież ta sama Inka, co zawsze- po prostu zmieniła się szata graficzna opakowania.
Kobieta w końcu wzięła paczuszkę z rąk dziewczyny i poszła. Widziałem, że gdy minęła regał, wyjęła trzęsącą się, pomarszczoną dłonią kawę z koszyka. Jeszcze raz spojrzała z niedowierzaniem na opakowanie i odstawiła je na półkę z majonezami jako omen nowej oraz dziwnej rzeczywistości, której nie potrafiła zaakceptować.
Boję się starości. Boję się starości nieporadnej, niepogodzonej z rzeczywistością. Niedostosowanej i bolesnej. Takiej, w której musisz patrzeć jak odchodzą po kolei wszyscy, których się kochało. Gdy nie jesteś już nikomu potrzebny. Kiedy zwyczajnie nie poznajesz codzienności i nie rozumiesz, co się z nią stało. Dlaczego Inka, którą kupowałeś od lat za cholerę nie chce przypominać tej, która leży na półce tej bezdusznej hali targowej, w której nikt nie przywita cię najzwyklejszym "dzień dobry" i nie zagada na temat pogody...
czwartek, 3 stycznia 2013
Lucky number '13?
Może to dziwne i zupełnie nieuzasadnione, ale nie przepadam specjalnie za nieparzystymi liczbami. Do tego jeszcze ta cała 'trzynastka' (podobno pechowa). No nic, mamy nowy rok. Takie momenty przejściowe traktuję bardzo symbolicznie: skok z jednego w drugie, nowy epizod, biała karta i etc. Z tej okazji zawsze robiłem sobie podsumowanie poprzednich dwunastu miesięcy: zwycięstwa i porażki, plany, nadzieje. Chyba pierwszy raz w życiu czuję, że nie jest mi to teraz do niczego potrzebne. Może dlatego, że zwyczajnie nie mam na co narzekać. Żyję tak, jak zawsze chciałem, udaje mi się spełniać swoje marzenia, mam wspaniałych przyjaciół, niesamowitą dziewczynę. Czego chcieć więcej?
Owszem, czasem wiatr zawieje w oczy- ale on już taki jest i wiać musi. Nadal też zdarza się, że kiedy widzę swój pasek płacowy za miesięczną pensję to nucę sobie potem pod nosem numer Rysia Peji pt. "Reprezentuję biedę"... Ale cóż, żeby zjechać z górki to najpierw trzeba się pod nią wspiąć.
Staram się więc nieco bagatelizować widmo 'trzynastki' i na razie całkiem nieźle mi to wychodzi (to nic, że dziś w pracy niespodziewanie wybuchła nam lodówka- na szczęście bez ofiar w ludziach). Gdzieś w głowie prześladuje mnie jednak trochę myśl o prawie karmicznym. I o tym, że cykl życia to nieustanna parabola: szczyt absolutny kontra dno totalne. A ja właśnie czuję, że osiągnąłem ten błogi stan spokoju, satysfakcji i stabilizacji. Prawem natury czeka mnie więc bolesny oraz niespodziewany zjazd tyłkiem z tego szczytu Mount Nirvana a w konsekwencji perspektywa raju utraconego.
Niby buddyzm tyle mówi o byciu nieustraszonym. O tym, by nie przywiązywać się też do stanów rzeczywistości- gdyż podlegają nieustannym zmianom, a więc nie można w nich odnaleźć stałości. Trudno chyba nie mieć absolutnie żadnych obaw, kiedy myśli uciekają w stronę osób, które mocno kochasz. I za nic nie chciałbyś utracić. Ale...
... przed chwilą odbyłem krótką rozmowę na temat z powyższego akapitu z moją współlokatorką i dostałem treściwy opierdziel.
- Jeśli nie skupiasz się aktualnie na tym, że teraz jesteś szczęśliwy- wybiegasz myślami w jakąś mroczną przyszłość, która w żaden sposób jeszcze nie nadeszła- to tylko wywołujesz samospełniającą się przepowiednię. Może cię spotkać cierpienie które nie będzie zależeć od twoich wyborów, i jeśli tak się stanie to po prostu mu się poddaj. Odrzucanie go wywołuje większy ból niż próba przyjęcia go na klatę. (cytat, choć na pewno nie słowo w słowo).
The Beatles i "Let it be". I kto tu się pała buddyzmem?
Morał jest taki: nie obawiajcie się pechowych trzynastek, czarnych kotów i stłuczonych luster. Wystarczy mieć po prostu czysty umysł oraz oczy otwarte na to, co dzieje się tu i teraz. Spraw, by dzięki tobie ktoś stał się silniejszy, szczęśliwszy, spełniony. Starając się postępować mądrze każdego dnia z pełnią wiary i spontaniczności tylko zwiększasz szansę na codziennie lepsze jutro. Swoje i innych też, przy okazji.
Mówię Wam: 2013 będzie rewelacyjnym rokiem. I chuj.
Owszem, czasem wiatr zawieje w oczy- ale on już taki jest i wiać musi. Nadal też zdarza się, że kiedy widzę swój pasek płacowy za miesięczną pensję to nucę sobie potem pod nosem numer Rysia Peji pt. "Reprezentuję biedę"... Ale cóż, żeby zjechać z górki to najpierw trzeba się pod nią wspiąć.
Staram się więc nieco bagatelizować widmo 'trzynastki' i na razie całkiem nieźle mi to wychodzi (to nic, że dziś w pracy niespodziewanie wybuchła nam lodówka- na szczęście bez ofiar w ludziach). Gdzieś w głowie prześladuje mnie jednak trochę myśl o prawie karmicznym. I o tym, że cykl życia to nieustanna parabola: szczyt absolutny kontra dno totalne. A ja właśnie czuję, że osiągnąłem ten błogi stan spokoju, satysfakcji i stabilizacji. Prawem natury czeka mnie więc bolesny oraz niespodziewany zjazd tyłkiem z tego szczytu Mount Nirvana a w konsekwencji perspektywa raju utraconego.
Niby buddyzm tyle mówi o byciu nieustraszonym. O tym, by nie przywiązywać się też do stanów rzeczywistości- gdyż podlegają nieustannym zmianom, a więc nie można w nich odnaleźć stałości. Trudno chyba nie mieć absolutnie żadnych obaw, kiedy myśli uciekają w stronę osób, które mocno kochasz. I za nic nie chciałbyś utracić. Ale...
... przed chwilą odbyłem krótką rozmowę na temat z powyższego akapitu z moją współlokatorką i dostałem treściwy opierdziel.
- Jeśli nie skupiasz się aktualnie na tym, że teraz jesteś szczęśliwy- wybiegasz myślami w jakąś mroczną przyszłość, która w żaden sposób jeszcze nie nadeszła- to tylko wywołujesz samospełniającą się przepowiednię. Może cię spotkać cierpienie które nie będzie zależeć od twoich wyborów, i jeśli tak się stanie to po prostu mu się poddaj. Odrzucanie go wywołuje większy ból niż próba przyjęcia go na klatę. (cytat, choć na pewno nie słowo w słowo).
The Beatles i "Let it be". I kto tu się pała buddyzmem?
Morał jest taki: nie obawiajcie się pechowych trzynastek, czarnych kotów i stłuczonych luster. Wystarczy mieć po prostu czysty umysł oraz oczy otwarte na to, co dzieje się tu i teraz. Spraw, by dzięki tobie ktoś stał się silniejszy, szczęśliwszy, spełniony. Starając się postępować mądrze każdego dnia z pełnią wiary i spontaniczności tylko zwiększasz szansę na codziennie lepsze jutro. Swoje i innych też, przy okazji.
Mówię Wam: 2013 będzie rewelacyjnym rokiem. I chuj.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

